search instagram arrow-down

Wpisz swój adres e-mail, aby obserwować mojego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych postach

Instagram

Świt jest magiczny. Niebo rozlewa się krwiście i jest obietnicą pięknego, słonecznego dnia. Tym lepiej widok ten smakuje zza brudnej szyby paranoicznego TLK, który od 10 godzin w kółko buja mnie do snu i na powrót wydziera nieświadomości jazgotem hamowania. Świt jest wróżbą końca udręki. Już niedługo siedmiowagonowy Uznam zakończy swój bieg i będę wolny. Zależny od siebie samego i własnych kółek, które wiozłem tam, na ten koniec Polski. Do Świnoujścia.

Pomysł przejechania rowerem polskiego wybrzeża zrodził się dosyć spontanicznie. Mając na koncie kilka wyjazdów w góry, wypłynął jakby naturalnie, odrobinę podyktowany czerwcowymi burzami na południu Polski. Podobno jest tam EuroVelo, nadmorski szlak rowerowy R10. Wiadomym powszechnie jest, że Polska to nie Ameryka ani  Niemcy. Pamiętając o tym, mamy szansę się nie zawieść, a może pozytywnie zaskoczyć.

Nie ma co narzekać – północ Polski jest warta zachodu i oferuje wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia. Mogę śmiało powiedzieć, że jest dobra na rower zarówno dla wyczynowców jak i rodzin z dziećmi, ponadto, jest bardzo zróżnicowana, co szczególnie mnie zadziwiło. Nie tylko woda piach, piach i woda. 🙂 Niestety utarło się jakoś, że polski Bałtyk to mekka ludzi wyznających spodnie dresowe, że wszędzie pijaństwo i bójki. Wszyscy mówią, że jest drogo, a komercha skacze do oczu na każdym rogu. Na pewno w opowieściach ludzkich zawsze jest odrobina prawdy, lecz niektóre mity aż się proszą żeby je obalić.

Zapraszam do przejażdżki instruktażowej polskim wybrzeżem. Będzie fajnie!


 

Ten wpis traktuję jako obszerny poradnik dla osób, które chciałyby wsiąść na rower i przejechać, tak jak ja, nasze wybrzeże. Myślę, że dla takich  jednostek niesie on duży ładunek informacyjny i głównie do nich kieruje swoje słowa i porady. Chyba jako pierwszy, albo jeden z pierwszych, zdecydowałem się na tak dokładne opisanie szlaku R10, a przynajmniej nic podobnego nie znalazłem w sieci. Zdaję sobie sprawę, że brakuje w moim opisie części Władysławowo-Hel oraz Gdynia-Piaski (do granicy z Rosją). Szlak na Hel przejechałem wcześniej bez aparatu i kiedyś na pewno poszerzę ten poradnik o brakujące elementy.

Kiedy jechać?

Najlepszym terminem na przejechanie trasy jest okres na chwilę przed sezonem, kiedy jest już wystarczająco ciepło na spanie pod namiotem oraz gdy nocleg można znaleźć w ciemno i bez rezerwacji. Z bratem wybraliśmy pierwszą połowę czerwca, więc teoretycznie przed sezonem, ale maj 2018 był bardzo ciepły i sezon ruszył w tym roku wcześniej. Widać to było w niektórych nadmorskich miejscowościach, szczególnie w Międzyzdrojach i Mielnie. Natomiast w Karwii niektóre budki z jedzeniem były jeszcze zaryglowane na trzy spusty i spokojnie oczekiwały lipca i sierpnia.

Gdzie spać?

Z noclegiem nie mieliśmy większych problemów, jedynie w Jarosławcu miejsce do spania znaleźliśmy dopiero około północy (dojeżdżając tam przed 22:00). Niektórzy właściciele niechętnie przyjmują zbłąkanych wędrowców o tak późnych porach i do tego tylko na jedną noc – wolą poczekać na turystów kilkudniowych i im sprzedać swój pokój. Radzę też uważać z rezerwacjami na booking.com. Zdarza się, że pokój jest dostępny, a właściciela nie ma na miejscu bo jest pewny, że nikt nie przyjedzie. Widocznie nie słyszał o takich ufoludkach co to przemierzają wybrzeże na dwóch kółkach. Podsumowując – przed sezonem bez większych problemów da się znaleźć coś niedrogiego. W sezonie lepiej mieć ze sobą namiot i zakładać taką formę spania – tak jak wielu, wielu rowerzystów, których mijaliśmy na szlakach. Sieć baz namiotowych na Pomorzu i Pomorzu Zachodnim jest bardzo dobrze rozwinięta i nawet przed sezonem większość jest otwarta.

Ile czasu mi to zajmie? 

Myślę, że 7 dni wystarczy spokojnie na zrobienie całego wybrzeża w turystycznym tempie, przy jeździe przez większość dnia. My z bratem zrobiliśmy trasę Świnoujście – Gdynia w czasie 4 dni, co daje średnią ponad  100km na dzień. Dzień w tamtych stronach jest długi: widno robi się już między 2 i 3 nad ranem, a ciemność w pogodne dni lata nastaje nawet i na chwilę przed 23. Dlatego nawet ci, którzy lubią dłużej pospać, zdążą pokonać codziennie sporą odległość. Od razu mówię, że nie ma co się spieszyć i to wynika tylko z naszego upośledzenia umysłowego, że z bratem gnaliśmy nie oglądając się za siebie. Szlak oferuje wiele ciekawych zabytkowych kościołów, latarni morskich, czy fajnych miejsc do poleżenia z widokiem na okoliczne klify, więc warto poświęcić chwilę i spędzić trochę czasu na odkrywaniu miejsc i okolicznych sekretów. Nam jak zawsze przyświecał jeden cel – jak najszybciej przemieścić się z punktu A do B. Rzadko przystawaliśmy, tylko w tych najfajniejszych miejscach i oczywiście przy sklepach spożywczych. Może się wydawać, że jest to mocna forma turystyki, która nie pozwala nic zobaczyć. Dla nas największą atrakcją jest natura i pedałując cały dzień inhalujemy się nią aż w nadmiarze.

Czy jest malowniczo?

Odniosłem wrażenie, ze Pomorze i Pomorze Zachodnie to nie Polska. Rzadko bywałem w tamtych stronach i jest to zupełnie inna Polska od tej, którą znam. Rozciągnięte na kilometrach kwadratowych farmy wiatrowe, poniemieckie domki i gospodarstwa, zabytkowe ceglane kościoły z XIV. wieku i oczywiście stare wiatraki, urokliwe aleje lipowe, pofalowane pola pszenicy aż po horyzont oraz sielskie krajobrazy rozległych, zielonych łąk. Szczególnie zapadł mi w pamięci odcinek już w okolicach Trójmiasta, chyba blisko Redy, gdzie czułem się jak w Bieszczadach lub Beskidach. Wjeżdżaliśmy tam w pasmo wzniesień, które ciągnie się aż do gdańskiej Oliwy.

Co wziąć?

Niezależnie od prognoz pogody warto mieć przy sobie taki zestaw ciuchów, żeby móc w każdej chwili ubrać się na cebulkę. Czerwcowe wieczory i noce na wybrzeżu są raczej chłodne i rześkie, to samo z porankami. Bryza morska potrafi przenikać człowieka do kości, a jej zasięg to nawet 130km, więc przykry wiatr możemy odczuwać w skrajnych przypadkach nawet i przez cały wyjazd. Nam pogoda sprzyjała, i jeśli poranki były pochmurne i nijakie, to później się wypogadzało i słońce mocno przygrzewało. Dlatego warto mieć przy sobie ochronę przed słońcem, tj. czapkę i filtr. Wiele odcinków szlaku prowadzi drogami polnymi i leśnymi, dlatego obowiązkowo sprej przeciwko kleszczom i komarom. Nie opłaca się też brać zbyt dużo, bo na podjazdach liczy się później każdy kilogram mniej, a po piaskach łatwiej manewrować lżejszym rowerem. Jeśli ktoś zamierza spać pod namiotem, to już na starcie będzie przecież obciążony namiotem i śpiworem. Na pewno trzeba zabrać ze sobą kurtkę przeciwdeszczową i coś od wiatru. Przyda się też termoaktywna bielizna – skuteczna i lekka.

Trudność

Trasa zaproponowana za chwilę przeze mnie jest zróżnicowana pod względem trudności. Nie raz kilometrami jest łatwo, wygodnie i przyjemnie. Jedziemy ścieżkami i podziwiamy nadmorskie klify, dzikie plaże, a po drugiej stronie bagna lub torfowiska. Równie często szlaki wiodą niedorzecznie zapiaszczonymi dróżkami leśnymi, a przemieszczanie dodatkowo utrudniają wszechobecne roje much. Zdarza się, że jedziemy po betonowych płytach i nasz rower, a z nim my, podskakujemy co 2 metry jak na rollercoasterze. To samo dzieje się na zaniedbanych drogach w województwie Pomorskim, od Ustki przez Łebę aż do Władysławowa. Tam lepiej wybierać nominalne szlaki rowerowe, zamiast szybszych jezdni wojewódzkich. Ukształtowanie terenu na Pomorzu Zachodnim jest do zniesienia dla każdego, wykluczając może drogi w Wolińskim Parku Narodowym, tuż po rozpoczęciu zmagań. Tam trzeba się trochę pomęczyć, ale nie trwa to też przesadnie długo. Na Pomorzu krajobraz się zmienia. Żeby nie skłamać – myślę, że w okolicach Ustki teren zaczyna falować i co chwila podjeżdżamy, żeby czasem kilka minut zjeżdżać. Jeśli miałbym ocenić trudności na pagórkach w skali 1-10 to bez wahania dałbym 4. Skoro całe tabuny starych Niemców radzą sobie z tymi szlakami, to dlaczego my mielibyśmy wymięknąć?

Nawigacja

Dobrze jest mieć mapę szlaku, którą można za darmo przygarnąć w wielu punktach turystycznych. Ja używałem map Google, które w zupełności wystarczają, ale nie są kompletne i czasem wyprowadzają na manowce. W dodatku, w lasach często zdarzają się problemy z zasięgiem, przez co dobrze zrobić sobie w głowie szkic trasy codziennie przed wyjazdem. Szlak w wielu miejscach jest dobrze oznakowany, szczególnie w parkach narodowych. Mimo wszystko oznaczenia są nieciągłe i wiele razy jedzie się na przysłowiową pałę. Warto zajrzeć na strony regionalnych informatorów jak ten >klik<, jeśli zastanawiamy się jak najlepiej przejechać newralgiczny odcinek. Abstrahując od map, kompasów i wszelkiej maści ułatwiaczy podróży, polecam pytać wśród ludności lokalnej. Oni wiedzą najlepiej i nie raz uchronili nas przed fatalnymi wyborami.


Dzień 1. – trasa i spostrzeżenia

trasa 1

Dokładna mapa – klikamy >tutaj<

Meldujemy się na Dworcu PKP w Świnoujściu. Uderza w nas krystaliczne, morskie powietrze. Jest 7 rano i miasto po tej stronie kanału o tak wczesnej porze jest przytłaczająco opustoszałe. Jestem niewyspany i decyduje póki co nie robić zdjęć, czego wkrótce przyjdzie mi żałować. Nie kręcąc się bez celu startujemy od razu na północny wschód od dworca, w poszukiwaniu wjazdu na szlak R10. Po kilkunastu minutach dostrzegamy pierwsze oznaczenia i podążamy za nimi. Wkrótce zza koron drzew wyłania się Gazoport i obok niego skręcamy do lasu. Tutaj zaczyna się pierwszy etap R10, prowadzący przepięknym Wolińskim Parkiem Narodowym.

Aż do Międzyzdrojów jedziemy drogami leśnymi, podskakując na korzeniach, zakopując się w piasku i wybijając w powietrze setki szyszek. Niemniej, bardzo polecam ten odcinek przejechać właśnie lasem, zamiast drogą asfaltową. Panuje tam niezwykły spokój, tysiące takich samych drzew rosnących w tych samych odległościach od siebie sprawiają wrażenie kopiuj-wklej, a wisienką na torcie są dywany z paproci, które wspaniale harmonizują z iglastym charakterem Parku.

Mijamy zatłoczone Międzyzdroje co prędzej, po czym kierujemy się na wskroś WPN ruchliwą drogą nr 102. Gdyby nie upał, duży ruch i oblatujące człowieka ze wszech stron robactwo, ta trasa byłaby idealna.  Malowniczy las oraz wymagające podjazdy pod górę i zastrzyki adrenaliny przy zjazdach.

Po wyjeździe z lasu mijamy pola golfowe, kilka niczym niewyróżniających się nadmorskich wsi i miasteczek i powoli, cały czas czując bliskość morza, w miejscowości Dziwnów opuszczamy wyspę Wolin.

Dotychczas jechaliśmy głównie razem z autami, teraz zaczynają się pojawiać pierwsze ścieżki oraz te, których budowa właśnie została rozpoczęta. Mijamy kolejne akweny wodne i kierujemy się dalej drogą 102. Po niedługim czasie dojeżdżamy do miejscowości Trzęsacz, gdzie znajduje się fajna kładka widokowa i ruiny kościoła.

Tutaj polecałbym się zatrzymać i poszukać knajpy oferującej schabowego w zestawie obiadowym w cenie 8,70zł. 🙂 Tuż przy chodniku prowadzącym do tarasu widokowego – przy ulicy bodajże Nadmorskiej.

Kierujemy się na Rewal. Jest możliwe przejechanie dróżką bezpośrednio z Trzęsacza. W tym miejscu tak naprawdę po raz pierwszy jesteśmy na szlaku twarzą w twarz z Bałtykiem i zachwycamy się tym widokiem nie po raz ostatni.

W Rewalu stajemy przed wyborem:
a) pewna i szybka jazda dalej trasą 102 w kierunku Trzebiatowa (choć stan nawierzchni jest marny),
b) jazda dróżką przez Niechorze, a później tuż przy morzu, lasami i bagnami przez Pogorzelicę.

Opcja b) wydaje się dosyć ryzykowna, zwłaszcza że chcemy dziś nabić jeszcze trochę kilometrów. Jak przyjdzie się nam później dowiedzieć, teoretycznie jest tam ścieżka leśna i oszczędza się kilkanaście kilometrów jazdy, ale nikt nie potrafi sprecyzować czy faktycznie jest przejezdna dla rowerów. Wszyscy zdroworozsądkowcy, tak jak i my zresztą, na pewno wybiorą opcję a).

Droga do Trzebiatowa wiedzie przez krajobraz Polski do jakiej nie jesteśmy przyzwyczajeni. Mijamy bardzo skromne i zaniedbane poniemieckie chałupki i zapuszczone gospodarstwa. Teren faluje i jedziemy pod wiatr, czym mocno nadwyrężamy nogi. Po jakimś czasie w końcu docieramy do miasta.

Trzebiatów z obwodnicy nie robi na nas piorunującego wrażenia. 🙂 Okazuje się, że w Polsce też mamy fawele:

DSC04606.jpg

Ten dzień kończymy w nadmorskim Mrzeżynie, oddalonym od Trzebiatowa ponad 10km na północ drogą 109.

 

Miejscowość wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. Może z uwagi na pogodę, która na wieczór się nieco zepsuła i nastała wokół nas ponura aura. Ludzie też wydali mi się nieprzychylni, a ceny kwater skrojone jakby pod Niemców. Na szczęście przy wjeździe do miasteczka na ogrodzeniu wisiało ogłoszenie strażaków, zapraszających na nocleg do remizy. Remiza jest w samym centrum Mrzeżyna i nocleg tam wspominam arcynieciekawie 🙂 Obskurne łazienki i pokoje, zaduch w pomieszczeniach, meble w stylu PRL. Jedyne, co dobrego oferują, to cena i dlatego polecam to miejsce dla budżetowych podróżników 🙂


 

Dzień 2. – dziką plażą na dwóch kółkach

trasa 2.jpg

Dokładna mapa – klikamy >tutaj<

Zakonspirowanie się w remizie strażackiej okazuje się niegłupim pomysłem. Noc mija w spokoju i nic nie gryzie nas po stopach. Zregenerowałeś się? – pytam z przekąsem brata. No cóż, przynajmniej odespaliśmy noc w pociągu i to się liczy najbardziej.

Poranek drugiego dnia wyprawy jest równie bezlitośnie mdły jak wieczór poprzedniego. Depresyjna pogoda będzie utrzymywać się jeszcze przez jakiś czas, a my tymczasem uzupełniamy deficyty kaloryczne w sklepiku przy skrzyżowaniu i ruszamy przed siebie.

Po wyjeździe z miasta dostajemy się na dobrą ścieżkę rowerową. Przemieszczamy się szybko, próbując uciec przed nadciągającymi chmurami. Mijamy jezioro Resko Przymorskie i miasteczko Dźwirzyno. Ważne jest, żeby w przed miejscowością Grzybowo trzymać się ścieżki i nie jechać ulicą. Ścieżka poprowadzi nas przez lasy tuż przy morzu, aż do Kołobrzegu.

DSC04618.jpg

Miasto Kołobrzeg bardzo przypada nam do gustu. Jest wolne od reklam, a w po ulicach kręci się rozsądnie mało ludzi. Z punktu widzenia rowerzysty istotny jest też fakt, że zarówno w mieście jak i w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od miasta, spotykamy dobrą infrastrukturę dla rowerów. Ten rejon Zachodniopomorskiego uznaję za najwygodniejszy do przemieszczania się podczas całej wyprawy.

W mieście nie zostajemy na długo, ale mogę polecić świetną gorącą czekoladę w kawiarence na tyłach Galerii Molo, obok włoskiej restauracji.

Prujemy powietrze dalej niczym dwa mustangi pędzące po bezdrożach Ameryki. W rejonach Galerii Molo zalecam poszukać ścieżki prowadzącej dalej na wschód. Chwilę kluczy wśród zabudowań, a później, poza miastem, jest w dużej mierze świetnie przygotowana do jazdy i wiedzie przez okoliczne torfowiska, nie odbijając też ani na chwilę od morza.

 

Żeby nie było zbyt pięknie w czasie naszej bytności nad morzem, odcinki niedaleko Sianożętów są nadal w budowie i budowniczy z Ukrainy, podniosłym tonem i z dziwną satysfakcją w głosie, każą nam jechać plażą. Jechać- znaczy pchać rower. Na szczęście dla tych, którzy przejazd tamtędy mają dopiero w planach, koniec budowy planowany jest na koniec czerwca 2018.

Dzika plaża woła nas.

 

Nawet nie wiem kiedy mijamy Ustronie Morskie, po czym raz po raz odbijamy od morza przemieszczając się asfaltowymi i szutrowymi drogami po wioskach letniskowych.

 

Za miejscowością Gąski, w której znajduje się latarnia, zaczyna się Sarbinowo. Jadłem tam najlepszego burgera w swoim życiu. (w okienku koło budki z lodami, na końcu promenady i niedaleko kościoła, z parasolami obok) Nazywa się jakoś w stylu American Burger i Bacon Burger za 18 zł całkowicie zmiótł mnie z nóg i zaspokoił głód na długo. Sarbinowo na dużym propsie!

 

Najedzeni i z nowym zapasem sił szybko przemieszczamy się leśną, wąską ścieżką do Mielna. Nie zatrzymujemy się, zgodnie z tym, co mamy w zwyczaju robić w miastach. Rzucamy okiem na jezioro Jamno i przez osadę Unieście z aleją domków w holenderskim stylu, wkrótce wyjeżdżamy na dobry asfalt, który nie opuszcza nas aż do miejscowości Łazy, gdzie przyjdzie nam zastanowić się nad wyborem trasy.

 

 

W Łazach trzeba wybrać. Nad północnym brzegiem jezioro Bukowo (drugiego jeziora po Jamnie w nadmorskim pasie między Mielnem i Dąbkami)  prowadzi plażą szlak pieszy. Nie wiedzieć czemu wyznaczono tamtędy szlak R10, bo dla rowerzystów wybranie się tam oznacza samobójstwo, stratę czasu i narastającą frustracje. Odcinek plażowy mierzy kilka kilometrów i zgodnie z tym co mówił kierowca autobusu w Łazach, czasem przechodzą go piesi, a rowerzyści zawsze zawracają. Więc co zrobiliśmy? Pojechaliśmy to sprawdzić.

DSC04730.jpg

Uprawniona jest konkluzja, że zdjęcie jest pozowane. 🙂 Może w ten sposób da się przejechać plażę w końcowej fazie odpływu, kiedy jeszcze mokry od przypływu piasek jest wystarczająco twardy, żeby poruszać się po nim na rowerze. Zawróciliśmy, chwilę poszukaliśmy jeszcze leśnej ścieżki, ale niestety każda była ślepa. Dla śmiałków z szerokimi oponami i dużą ilością czasu: po kilku kilometrach tego wariantu zaczyna się osada Dąbkowice z polem namiotowym, a później, do końca jeziora prowadzi droga asfaltowa. Podobno. Nie byłem, nie sprawdzałem.

Wybraliśmy pewniejszą trasę dookoła jeziora Bukowo. Asfalt na ścieżce był tam dopiero rozwijany, a my mieliśmy przyjemność przejechać się kawałek po dopiero co rozwiniętym. Tak świeżym, że wywołało to konsternacje wśród robotników.

DSC04732.jpg

Dalej, jedziemy przez wieś Osieki z pięknym gotyckim kościołem. Tam skręcamy na polną drogę wyłożoną betonowymi płytami i przez kolejną wieś – Rzepkowo – docieramy do bardzo wygodnej i malowniczo poprowadzonej ścieżki rowerowej. Później możliwe są skróty, mimo to polecam trzymać się asfaltowej ścieżki na rzecz polnych.

DSC04738DSC04746

DSC04757.jpg

Trzymając się szosy nr 203, przez Bukowo Morskie zmierzamy do wsi Dąbki. (w Bukowie kościół z XIV. wieku). Asfaltowa droga dla rowerów nabiera rozpędu i ciągnie się aż do Darłowa, miejscowości szokująco imitującej te holenderskie.

 

Obok Darłowa jest Darłówko i tam jemy co nie co w sklepie, zasięgamy języka co do trasy i postanawiamy jechać dalej, mimo późnej godziny i słońca chylącemu się ku zachodowi. Kawałek promenadą w Darłówku – skądinąd fantastyczna miejscowość – i kręcimy dalej. Przychodzi nam wjechać na groblę oddzielającą morze od jeziora Kopań. Mimo że wyłożona znowu betonowymi płytami, po ścieżce jedzie się płynnie i szybko i około 17-kilometrowy odcinek do Jarosławca, wydawało się, przejedziemy w kilka minut. Nic bardziej mylnego.

Póki co, droga w większości wygląda tak jak poniżej. Towarzyszą nam wspaniałe okoliczności przyrody – trwa zachód słońca. Po lewo widzimy rozbijające się z impetem o brzeg wzburzone morze, a po prawej stronie gdzieniegdzie spośród drzew przebija się spokojna tafla jeziora. Nie umiem tego oddać na fotografiach, ale próbuję.

Ta ścieżka lada moment zmienia się w grząski, świeży piach. Trwa tam kładzenie nawierzchni i jesteśmy zmuszeni improwizować i wytyczać własną ścieżkę między drzewami, a później pchać przez mękę obciążone sakwami rowery. Rozgrywa się tam mały horror i oczywiście nie mam zdjęć z tego etapu. Komary nie pozwalały mi na nic i przez ten krótki, może dwukilometrowy acz trudny odcinek, nogi swędziały mnie później do końca wyjazdu. Ale zdecydowanie było warto.

Na asfalt wydostajemy się w ładnej miejscowości Wicie, bardzo spokojnej o tej porze (jest już przed 22). Pan dozorca budowy instruuje nas, aby jechać cały czas prosto, bo tam już zdążyli położyć asfalt. Nie dowierzamy mu, ale jednak jedziemy zgodnie z jego wskazówkami. Tym razem jest dokładnie tak jak opisał i po półgodzinie, pod górkę, po ciemku i odpierając ataki nietoperzy, osiągamy Jarosławiec.


 

Dotarcie i nocleg w Jarosławcu oznacza półmetek trasy. Sami siebie zaskakujemy że poszło tak sprawnie i jesteśmy zadowoleni z dzisiejszego dnia. Odcinek od Mrzeżyna jest bardzo widokowy i wygodny (prawie wszędzie). Można go potraktować jako osobną wycieczkę i przejechać tylko ten kawałek. Polecam gorąco 🙂

Nie mówiłem o atrakcjach typu: latarnie morskie, muzea (np. Muzeum Bursztynu w Jarosławcu), plaże nudystów, oceanaria czy dajmy na to restauracje ze świetną kuchnią. Wymaga to innego rodzaju podróżowania niż ten preferowany przeze mnie. Stawiam na przemierzanie i spotkania z naturą, a planowanie atrakcji bardziej turystycznych traktuje jako kwestie indywidualne.

W drugiej części poradnika ujawnię kulisy nierównej walki z bagnami, piaskami i własnymi słabościami. Przejedziemy się beznadziejnymi drogami wokół Ustki i prawie odwiedzimy wydmy obok Łeby. Popatrzymy na morze z najdalej na północ wysuniętego skrawka Polski, a później w hipotermii przelecimy przez Gdynię, żeby wsiąść z rowerami do pociągu bez miejsca dla rowerów.

Jeśli macie znajomych poszukujących przygód tego rodzaju, zachęcam do rozsyłania!

 

 

 

 

 

Leave a Reply
Your email address will not be published. Required fields are marked *

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s

%d bloggers like this: